Mów do mnie jeszcze…

Seks — zamieściła Marta, 20 Sierpień 2010, 7:33 | odsłon: 2 435
Tagi: , , , ,

Słowa – zwłaszcza te czule szeptane do ucha – potrafią rozbudzić wyobraźnię i ożywić zmysły. Kreują nastrój w równym stopniu co świece, zapachy czy doznania smakowe. Jak mówimy o miłości?

Miłosną sztuką werbalną jest flirt. Technika zawoalowanego komunikowania o seksie daje dużo przyjemności, a jeszcze więcej satysfakcji. Już w wydanej ponad 30 lat temu kultowej „Sztuce kochania” Michalina Wisłocka pisała, że flirt to rozmowa o miłości, która podsuwa pewne myśli czy sugestie – lecz niekoniecznie prawdziwe. „Zmuszają one jednak – stwierdziła autorka – do szybkiej orientacji, błyskawicznej riposty i zręcznej reakcji na każdą, najsubtelniejszą nawet aluzję. Flirt we wszystkich kulturach świata ma swoje wysoko cenione miejsce.”

Po fazie flirtu, gdy chcemy zakomunikować partnerowi swoje pragnienia, często pojawia się kłopot, w jakie słowa je ubrać… O wiele prostszy i bardziej jednoznaczny jest język ciała, jednak kontakt miłosny bywa zazwyczaj poprzedzony – a i zwieńczony również – kontaktem werbalnym.

Literaci, wyznając uwielbienie, posiłkowali się zwrotami pełnymi finezji. Na przykład wirtuoz poezji, Bolesław Leśmian, pisał w korespondencji do ukochanej: „Czekam na twój list jak na zbawienie. Całuję, liżę i wącham nóżki twoje i pupuchnę i kędzierzawkę. Tęsknię i kocham bez granic.” Pupuchna i kędzierzawka – czyż nie brzmią uroczo?

Współcześnie uważa się, że Polaków język miłości jest albo wulgarny, albo medyczny. Wulgaryzmy obserwujemy na co dzień wypisane na murach i siedzeniach w pociągu (w wersji obrazkowej: jako fallusy nakreślone kilkoma prymitywnymi pociągnięciami markera), odczytujemy na czatach internetowych (także w nickach użytkowników) bądź słyszymy w rozmowach nastolatków, którym nazwanie czynności seksualnych wulgaryzmem dodaje odwagi i nie zdradza u nich zaangażowania emocjonalnego. Z kolei na płaszczyźnie języka oficjalnego, pośród łacińskich terminów, czujemy się jak w gabinecie lekarskim. Szanujące się pisma drukują pojęcia clitoris, cunnigulus, wagina, fallus, fellatio… i wiele innych. I tak my – użytkownicy języka – tkwimy pomiędzy dwoma światami, orientując się doskonale, co oznacza (proszę wybaczyć określenie) „zwalić konia”, a czym są „techniki fellatio”. Dwa kody – dwa światy. Ale jest jeszcze trzeci.

Osobnymi prawami rządzą się realia sypialni. Każdy związek wypracowuje swój własny kod. Intymność zaczynamy budować zwrotami do ukochanej osoby, mówimy do niej „Misiaczku”, „Słoneczko”, „Dzióbku”, a nawet „Procesorku”. Tabu znoszone jest z czasem, wraz z otwartością na miłosne przeżycia. Obojętnie, czy powiemy „kochajmy się”, „mam ochotę na małe co nieco”, „weź mnie” czy „może połączymy pamięci?”, w odpowiednim kontekście będzie to oznaczać jedno. Najważniejsze, by nie bać się artykułować własnych potrzeb.

W naszym intymnym, miłosnym przybytku obowiązuje inny kod, który tworzymy sami. To, czy w trakcie miłosnych uniesień mówimy, szepczemy, krzyczymy bądź milczymy, zależy od upodobań. A wszelkie urozmaicenia mogą dodać związkowi pikanterii – nawet miotane w trakcie miłosnego spełnienia przekleństwa.

O swoich przeżyciach mówmy otwarcie, precyzyjnie, trafiając w sedno. Mówmy nie to, co partner chce usłyszeć, ale czego chcielibyśmy doświadczyć. Zapytajmy go wprost, czego pragnie. I… do dzieła! Niech po chwili inicjatywę przejmie rozgrzany zmysł dotyku.

Oceń:  (1,00 / 1 ocen. Jeszcze nie oceniałaś)
Ładowanie ... Ładowanie ...

.

Skomentuj